wtorek, 1 maja 2012

Specjalny wywiad dla Super Nowości z Jerzym Maslanky

       Specjalnie dla Super Nowości z Jerzym Maslanky, autorem książki „Od lekarza do grabarza – Nie bójmy się raka i chorób serca”, w której zarzuca dzisiejszej edycynie, że zbyt często leczy skutki, nie interesując się przyczynami chorób rozmawia Anna Moraniec.




Wiedza zawarta w pańskiej książce wydaje się być solidnie zweryfikowana. Wielu czytelników może być jednak zaskoczonych lub zdezorientowanych jej treścią, nie pokrywa się ona bowiem z dotychczasowym poglądem na te tematy prezentowanym przez lekarzy czy media.

- To prawda, generalnie treść książki, nie pokrywa się z utartymi poglądami. Ale czy dotychczasowy model leczenia, oprócz tego, że jest coraz bardziej kosztowny, zmienił cokolwiek na lepsze w aspekcie zachorowalności i umieralności z powodu chorób przewlekłych? Jeśli mogę w tej kwestii mieć własną opinię to uważam, że czas aby model ten zmienić. Na taki, w którym dominuje leczenie prewencyjne, a nie leczenie poprzedzone tzw. wczesnym wykryciem. Mówię tak zwanym, albowiem choroby przewlekłe nie rozwijają się w ciągu doby, ale latami, które odmierzają nierzadko dekady. Tak więc żeby je zauważyć na diagnostycznym ekranie potrzeba czasu oraz widocznego objawu choroby, który świadczy wyłącznie o wieloletnim postępie choroby. Oznacza to, że guz nowotworowy nie jest chorobą nowotworową, złogi w tętnicach nie są miażdżycą, a trzęsący się kciuk w Parkinsonie nie jest chorobą Parkinsona. To są wyłącznie symptomy. Natomiast sama choroba to nie tylko jakiś tam symptom, a skomplikowany proces, w skomplikowanym organizmie człowieka. Fakt, który medycyna konwencjonalna wygodnie pomija. Stąd też przyjąć należy, że jej model leczenia jest zbyt uproszczony. I jest to jedna z “tajemnic”, która wyjaśnia, dlaczego to, co może być i jest uleczalne, pozostaje wciąż nieuleczalne.
Nie powinno podlegać jednak dyskusji, że niektóre z metod leczenia, stosowane w medycynie konwencjonalnej mogą, w przypadkach doraźnych uratować życie. Na przykład, kiedy miejsce mają zawał lub atak astmy, kiedy z powodu nieleczonej poprawnie miażdżycy należy usunąć kończynę. Natomiast jeśli chodzi o skuteczność jej metod leczenia w przypadku chorób przewlekłych, to nie jest to medycyna, której powierzyłbym swoje ciało. Osobiście jestem za prewencyjnym leczeniem, bo i takie istnieje. Problem w tym, że wciąż jest ono generalnie nieznane: ani akademicko wykształconym lekarzom, ani ich zdezorientowanym nawałem informacji pacjentom. Marzeniem moim jest aby to zmienić. 

Czym medycyna ekologiczna różni się od tradycyjnej i skąd ta nazwa?

- Myślę, że doskonale wyjaśnił to w wstępie do profilaktyki cytowany na mojej stronie (www.maslanky.org) dr  T.A. Dorman z USA. Tu natomiast mogę dodać, że medycyna ekologiczna jest wiedzą, która rozpatruje zdrowie i choroby człowieka z perspektywy środowiska. Nie można przecież mówić wyłącznie o środowiskowym zatruciu bez uwzględnienia człowieka, skoro zatrute środowisko znaczy tyle co nasze choroby. Sprawa poważna o tyle, że dziś nienarodzone już dzieci wykazują we krwi ok. 120 toksycznych substancji, zdolnych wywołać każdą praktycznie chorobę.  To tylko kwestia czasu. Tak więc medycyna ekologiczna powstała z myślą o uzdrowieniu człowieka, schorowanego z powodu zatrucia środowiska, a zwłaszcza żywności. Przyczynowy aspekt chorób jest więc tym, co ją interesuje. Bo jeśli zna się już konkretne przyczyny choroby (a każda z nich takowe ma!) i wie się jak je należy usunąć, to świat medycyny może wyglądać inaczej – bezpieczniej i taniej. Medycyna ekologiczna to bardzo konkretna wiedza medyczna, której nie wolno nam ignorować, jeśli chcemy uporać się z chorobami, które nas dziesiątkują. 

Sceptycy wątpią w skuteczność medycyny ekologicznej. Czy rzeczywiście podaje Pan fakty? Czy bez leków można wyleczyć np. astmę, miażdżycę, cukrzycę?

- Kiedy piszę lub mówię na temat zdrowia człowieka, to nie prawię banałów, nie obiecuję (przypadłość tzw. medycyny alternatywnej), staram się jak mogę nie przekazywać półprawd, których w medycynie i dietetyce jest ogrom. Stawka po prostu jest zbyt wysoka. Oznacza to, że kiedy piszę iż astmę, miażdżycę czy cukrzycę (mam tu przede wszystkim na myśli typ II, z powodu której cierpi ok. 90 proc. cukrzyków) można wyleczyć, to znaczy, że taka możliwość istnieje, bo tę możliwość uczciwie sprawdziłem. Pamiętam, kiedy na konferencji jaką organizowałem parę lat temu w Krakowie, jeden z zaproszonych lekarzy immunologów z Anglii (dr L. McEwen) powiedział obecnym: “My nie leczymy astmy. My ją wyleczamy”, tzn. że jest to fakt. Czasami sama świadomość istnienia przyczyn, które do choroby doprowadziły, może być lekiem. Znając je można je przecież usunąć! Podobnie, jak świadomość braku lub niedoboru konkretnych substancji odżywczych. Rozsądne ich uzupełnienie bowiem też może być lekiem. Bo lek, do czego nas przyzwyczajono, to niekoniecznie jakaś farmaceutyczna i obca dla organizmu substancja. Organizm bowiem to takie cudo, że jeśli usunie się przyczynę, z powodu której cierpi, sam potrafi być dla siebie lekiem i to doskonałym. Choroby nie są priorytetem w jego programie przeżycia, i wie lepiej niż lekarz, jak należy z nimi walczyć. W jego programie jest zdrowie i tu wystarczy mu pomóc. Pod warunkiem, że robić to będziemy z rozwagą i nie pod dyktando “kącików zdrowia”.

W Polsce coraz częściej chore osoby korzystając z porad książkowych lub z różnych informacji pozyskanych z Internetu, leczą się same w domu (metoda Gersona, itp.). Czy Pana zdaniem te terapie mają szanse powodzenia gdy pacjent przeprowadza je samodzielnie w domu?

- Osobiście jestem przeciwny wszelkim standardowym formom leczenia i samoleczeniu. Zwłaszcza tym proponowanym w magazynach dla kobiet lub w internecie. Trzeba pamiętać o dwóch rzeczach: medycyna dla wielu stała się lukratywnym sposobem generowania dochodów oraz o tym, że każdy z nas jest inny, i że ta sama niby choroba, może mieć inne podłoże. Innymi słowy, ta sama choroba u p. Kowalskiej niekoniecznie musi być leczona tak, jak u p. Wiśniewskiej. Zatem leczenie poważnych chorób wymaga poważnego i indywidualnego podejścia. Przerażają mnie reklamy, w których frywolność języka wzbudza wśród chorych często nieuzasadnione nadzieje. Jest to szczególnie widoczne w “alternatywie”, która nie przebiera w słowach obietnic. Cierpi na tym medycyna jako taka, cierpią ludzie, wygrywają nieuzasadnione nauką metody leczenia. Uważam, że niektóre standardy w medycynie mogą odnosić pożądany skutek. Jakkolwiek, dopóki nie uznamy, że są one również dobre dla nas, zastanawiałbym się czy należy je zastosować? O tym przekonał mnie prof. dr Roger Williams, autor ignorowanego w medycynie pojęcia “biologicznej indywidualności”. Terapia Gersona i owszem, ale terapia Gersona z rozwagą brzmi dużo lepiej. Poza tym uważam, że leczenie chorób degeneracyjnych to nie tylko sprawa lewatywy kawowej czy utrzymanie balansu sodu oraz potasu. W mojej opinii, terapia Gersona mając swoje naukowe uzasadnienie, niekoniecznie może być tym antidotum, którego danej akurat osobie potrzeba.  

Cztery lata temu wyszła Pana książka “Od lekarza do grabarza”. Jak ta pozycja została przyjęta na polskim rynku? Dlaczego wznowione wydanie nosi już jednak zmieniony tytuł – „Ekomedycyna”?

- Z listów jakie otrzymuję od czytelników wynika (niektóre podaję na mojej stronie), że książka przyjęła się i jest generalnie przydatna. To miłe, bo z takim zamiarem była pisana. To, że są dwa tytuły wynikło z przypadku. Kiedyś znajomy lekarz powiedział mi, że podarowałby tę książkę koledze po fachu, ale wiesz.... ten tytuł. No więc wymyśliłem, że tytuł może być inny. Jaki? Podpowiedź otrzymałem od profesora fizjologii z Krakowa. 

Czy materiały wykorzystane w książce są ogólnodostępne? Jeśli tak, dlaczego środowiska opiniotwórcze ich nie dostrzegają? 

- Są ogólnodostępne na co może wskazywać bibliografia, z której korzystałem i która jest przecież niemała. Natomiast jeśli chodzi o odpowiedź na drugie pytanie to myślę, że wynika to z dominacji przemysłu leczenia nad rzetelną nauką, która nie ma aż takiej siły przebicia. To smutne, że hipokryzja zakradła się również do medycyny.  

Jak Pan odbiera postępowanie polskich lekarzy? Czy są otwarci na wiedzę nie płynącą od koncernów farmaceutycznych?

- Lekarze to generalnie ludzie o dużym sercu. Stąd też kierunek studiów jaki wybrali. Problem w tym, że to co poznają jest akademickie i podane w sposób matematyczny. A medycyna przecież jest sztuką i chociażby z tego powodu badania kliniczne, na podstawie których opracowuje się leki, określa ich dawki, są obrazem wyjątkowego subiektywizmu. Stąd też, jak podają rzetelne źródła, w USA np. liczba zgonów z powodu prawidłowo spożywanych leków, przekroczyła liczbę zgonów z powodu chorób nowotworowych. Nie oszukujmy się. Medycyna została oddana w ręce przemysłu, którego osiągnięcia rozliczają akcjonariusze. Lekarze zostali przez ten przemysł sprytnie wykorzystani. Myślę, że medycyna to coś więcej aniżeli pięć minut, a tu jest recepta... Taka postawa kojarzy mi się ze sprzedażą artykułów spożywczych na kartki w czasach systemu.... Medycyna w moim pojęciu, to przede wszystkim zapobieganie chorobom, a nie leczenie i odkrywanie czegoś co już dawno zostało odkryte.
Czy lekarze są otwarci na nowe? Z rozmów i listów jakie otrzymuję wynika, że tak. Problem w tym że ich niezależność jest ograniczana przez sztuczne twory uzurpujące sobie prawo do tytułu tzw. organizacji wiodących. Tak naprawdę zostały one stworzone wyłącznie po to, aby utrzymać status quo w medycynie. To przykra i bezprawna decyzja wymierzona przeciwko lekarzom i ich pacjentom, mimo że oficjalnie mowa jest o dobrze tych drugich. My ludzie, potrafimy być dla siebie bezwzględni.   

Dlaczego tak jest, że mimo ogromu finansowych nakładów na walkę z tzw. chorobami naszej ery: rakiem, autyzmem, Parkinsonem, Alzheimerem, czy chorobami układu krążenia, naukowcy są nadal bezradni?

- To nie naukowcy są bezradni. Bezradna jest medycyna, którą się nam proponuje. Nie można przecież wyleczyć choroby kiedy kontroluje się wyłącznie symptomy. Poza tym, obce substancje chemiczne nie generują zdrowia. Zdrowie generują substancje przyjazne organizmowi człowieka. Integracja nauk medycznych jest więc tutaj kluczem. Farmacja ma też tu swój udział jednak nie może być on wiodący! Edukacja pacjentów to jest podstawa. Musi to jednak nastąpić w sposób rzetelny, bez demagogii “ekspertów”, zaczynając od szkół i przedszkoli, skończywszy na środowiskach medycznych. Bez edukacji z zakresu prewencyjnego leczenia możemy sobie o zdrowiu wciąż tylko marzyć. W tym też celu zawiązało się stowarzyszenie Polskiej Akademii Medycyny Ekologicznej (PAME), które przejmie na siebie rolę edukatora. Bez rzetelnej edukacji, nadal będziemy wyglądać porad medycznych w Internecie, wierzyć reklamom, a to, jak zwykle, nic nie zmieni na lepsze.  

Na czym polega „przyczynowe leczenie chorób”?

- Na określeniu i usunięciu przyczyny choroby. Poza tym (czego brakuje medycynie “konwencji”),  przyczynowe leczenie to nade wszystko indywidualna ocena każdego pacjenta. Każdy bowiem z nas jest i biologicznie, i metabolicznie inny, każdy z nas, ma inne biochemiczne potrzeby. Nawet genetycznie się od siebie różnimy, choć podobieństwo jest tutaj ogromne. Jakie ma to znaczenie w praktyce? Ano takie, że proponowane standardy medyczno – dietetyczne raz działają, raz nie. Najczęściej nie, o czym przekonujemy się najczęściej sami.

Pana pragnieniem jest stworzenie w Polsce Centrum Prewencji Chorób. Co udało się zrobić w tym kierunku?

- Projekt jest na etapie realizacji. Z ludźmi dobrej woli, okazuje się, można wszystko. Są lekarze, są naukowcy, są ludzie gotowi do pomocy w jego realizacji. Z myślą o nas, Polakach zamieszkałych w kraju i za granicą, powstało już PAME, w którym udział mogą wziąć wszyscy ci, dla których obecny system leczenia jest nieadekwatny do potrzeb. „Dla nas i przez nas” jest hasłem projektu, który wymaga konsolidacji nas wszystkich. Nie możemy sobie bowiem już dłużej pozwolić aby polskie dzieci zaczynały życie od inkubatorów, a starsze przedwcześnie traciły rodziców. Budowa Centrum Leczenia Prewencyjnego, bo to jest głównym naszym celem, jest w fazie organizacji i wymaga wysiłku ze strony nas wszystkich. Będzie to pierwszy tego typu ośrodek w Europie. Jest on nam, Polakom potrzebny jak nigdy w przeszłości. Dlatego też wszystkich, którym zdrowie jest nieobojętne, zapraszam do wzięcia udziału w ruchu, który się stworzył. Zapraszam też, do kupna książek, z których część przychodów przeznaczyłem na cele, o których mowa, oraz na moją stronę (www.maslanky.org ), gdzie podawał będę aktualne informacje dotyczące projektu. Zacznijmy mówić jednym językiem i nie polegajmy na nikim. Własne zdrowie i swoich najbliższych musimy wziąć we własne ręce. Tak przynajmniej to widzę.   

Czy pomocna jest w tym względzie dyrektywa 1863 PE?

- Sama dyrektywa jest dobrym tylko krokiem we właściwym kierunku. Jednak o zdrowie musimy zadbać sami. Nikt nas w tym nie wyręczy, a z całą pewnością nie przemysł leczenia. Wierzę, że znajdą się instytucje, zakłady pracy i ośrodki, samorządy i ludzie, którzy zrozumieją wartość tego, co chcemy zrobić dla nas – Polaków.

Jak zwykli ludzie mogą pomóc w stworzeniu takiego Centrum?

- Wstąpić do Stowarzyszenia PAME lub wspomagać jego działalność. Każda forma finansowej pomocy, każda forma zaangażowania jest tutaj potrzebna. Centrum albowiem ma służyć wszystkim i być wizytówką nas – Polaków. Jednak najistotniejszym jest to, aby jego naukowo – kliniczna działalność zmieniła polską rzeczywistość na zdrowszą.  

Kiedy planuje Pan przyjazd do Polski ?

- Zakładam, że nastąpi to już wkrótce. Wypada mi jeszcze uporządkować kilka spraw w Kanadzie w której mieszkam i potem już tylko pełne oddanie się realizacji projektu. W tym m.in. celu planuję w całej Polsce cykl wykładów i spotkań licząc tu na wsparcie ludzi dobrej woli oraz sponsorów. Doprawdy trudno jest cokolwiek zrobić bez zaangażowania się w projekt nas wszystkich.    

O witaminie C krążą różne opowieści. Mówi się o jej szkodliwości/bezużyteczności. Proszę powiedzieć co na temat witaminy C powinniśmy wiedzieć. W posiadaniu jakich danych dotyczących witaminy C jesteście wy Państwo?

- Witamina C jest jedną z najbardziej nam ludziom potrzebnych witamin, jeśli chodzi o utrzymanie zdrowia. My ludzie jej po prostu nie produkujemy jak to potrafią robić zwierzęta. Musimy dostarczyć ją z zewnątrz i to w ilościach nie tzw. “rekomendowanych” (bo te są owszem wystarczające, ale tylko na szkorbut), a takich, które spełnią biochemiczne wymogi. Wiele degeneracyjnych chorób można byłoby uniknąć, gdybyśmy spożywali ją codziennie w odpowiednich (ok. 2000 mg/dzień) ilościach. Dobrze, że mówi Pan o rzekomych danych co do szkodliwości tej witaminy, bo rzetelne dane mówią o jej ogromnej przydatności. No cóż. Witamina C w postaci kwasu askorbinowego jest tanim i nieopatentowanym produktem. A więc jeśli jest zagrożeniem dla opatentowanych leków to i badania można tak opracować, aby wykazana “szkodliwość” jej nie podlegała żadnej dyskusji. To jedna z metod przemysłu leczenia, którego przychody wkrótce mają osiągnąć 1 trylion dolarów. Co z takimi pieniędzmi można zrobić? Wiele. Można np. poprzewracać w głowie nawet lekarzom i przez kolejne sto lat zbierać pieniądze na “finalne rozwiązania”, które nie mają jakoś ochoty nadejść.       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz